Wojciech Kiełbiński ps. Kiełbasa. fot. Wojciech Kiełbiński ps. Kiełbasa, Mafia to nie tylko Pruszków. Urodził się w 1962 roku. W odróżnieniu od większości swoich późniejszych kolegów pochodził z tzw. dobrej rodziny. Nie powstrzymało go to jednak przed tym, aby wstąpić na przestępczą drogę. W młodości zaliczył pobyt w „Misiek z Nadarzyna” przygotowuje się do swojego pierwszego pojedynku w formule MMA. Dąbrowski podpisał kontrakt z organizacją MMA-VIP, czyli projektem, którego twarzą jest Marcin Najman. Swoją pierwszą walkę stoczy na początku 2021 roku. Właśnie pojawił się urywek z treningu byłego gangstera. Gala MMA-VIP już w okresie konferencji rozgrzała opinię publiczności do czerwoności po zaprentowaniu Andrzeja Zielińskiego ps. "Słowik" jako "włodarza" gali. W karcie walk znalazła się długo zapowiada walka Miśka z Nadarzyna i Marcin Najmana. Po przerwaniu walki, werdykt sędziego uznał wygraną Najmana nad Miśkiem. W walce wieczoru gali MMA-VIP 4 w Warszawie Marcin Najman pokonał 61-letniego "Miśka z Nadarzyna". Częstochowianin w pierwszej rundzie przetrwał kryzys i na początku drugiej skończył walkę. . Śmierć ukochanego człowieka jest zawsze bolesnym doświadczeniem, pełnym żalu, cierpienia, krzywdy, łez, buntu i rozpaczy. Bez względu na to, kogo się straciło - czy matkę, ojca, przyjaciela, brata, męża, córkę, czy żonę, niezależnie od okoliczności zgonu - strata uderza w samo serce. Śmierć bliskiej osoby W jaki sposób uporać się z niewiarygodnym cierpieniem? Jak zaakceptować uczucia opuszczenia i straty? Jak w sposób świadomy przebyć proces żalu i zdrowienia? Przez jakie etapy żałoby przechodzi osierocony człowiek? spis treści 1. Żałoba Etapy żałoby 2. Jak sobie pomóc w sytuacji śmierci kogoś bliskiego? Czy psychoterapia pomaga w okresie żałoby? rozwiń 1. Żałoba Każdy w indywidualny sposób przechodzi przez okres „godzenia się” z wieczną rozłąką z ukochaną osobą. Ból po stracie zawsze towarzyszy śmierci człowieka bliskiego naszemu sercu. Wszechogarniający smutek jest czasem nie do zniesienia. Nie pomagają rozmowy z przyjaciółmi, samotność, łzy, codzienne wizyty na cmentarzu. Bez względu na okoliczności śmierci (wypadek, choroba, starość), chęć zaprzeczenia przemijania jest kusząca. Zobacz film: "Gdy ukochana osoba odejdzie" Oprócz doświadczenia smutku, żalu, lęku, gniewu i samotności, często pojawia się poczucie winy, depresja, a nawet myśli samobójcze. Po co dalej żyć, skoro zostałem sam? Żałobnik intensywnie poszukuje sensu śmierci zmarłego. Pogrzeb jako to fizyczne pożegnanie się z nieboszczykiem na ziemskim padole, ale również proces żałoby, to sytuacje skrajnie stresogenne, podczas których człowiek uruchamia szereg mechanizmów obronnych. Etapy żałoby są przechodzone przez ludzi, którzy przeżyli stratę bliskiej osoby, w sposób bardzo płynny, przenikający się. Nie muszą następować po sobie i nie wszyscy ludzie w taki sam sposób przechodzą przez wszystkie etapy żałoby. Po stracie przeżywa się najczęściej: I – szok i otępienie emocjonalne, II – tęsknotę i rozpacz, III – dezorganizację i rozpacz, IV – reorganizację życia, powracanie do równowagi. Nie wszyscy ludzie przeżywają w pełni wszystkie etapy, wszystko zależy od konstrukcji psychicznej i wsparcia otoczenia. Najczęściej osoby cierpiące po stracie kogoś bliskiego zaprzeczają śmierci, oddalają jej realność, uciekają od kontaktów z ludźmi, izolują się, wycofują się do własnego wnętrza, by w samotności przeżywać swoje „piekło”. Niektórzy identyfikują się ze zmarłym, np. poprzez przyjęcie jego sposobów ubierania się, zachowania, mówienia czy gestykulacji. Idealizują zmarłego, wracają do miejsc, w których przeżyli z nim wspólne chwile. Inni przeciwnie – pragną odseparować się od wszystkiego (przyjaciół, mieszkania, pamiątek), co jest źródłem wspomnień i unaocznia za każdym razem wielkość straty. Etapy żałoby Mimo iż czasy współczesne określa się jako „cywilizację śmierci”, w której pełno przemocy, rozlewu krwi, aborcji, eutanazji i cierpienia, to przeciętny człowiek nie przywykł do obrazu śmierci. Ludzie mało wiedzą na tematy z dziedziny tanatologii – nauki o śmierci, jej przyczynach czy zjawiskach współtowarzyszących. Człowiek XXI wieku chce uniknąć starości i przemijania, bo boi się końca swego jestestwa. Co zrobić, by mniej bolało serce? Jak rozmawiać o śmierci z dziećmi? Milczeć i unikać tematów o ostateczności? Czy wspominać o zmarłym i narażać żałobników na cierpienie? Jak się zachować? Może lepiej w ogóle zniknąć z ich życia na czas żałoby? Płakać czy tłumić emocje w sobie? W konfrontacji z tragedią śmierci pytań jest mnóstwo. Większość badaczy, terapeutów i psychologów uważa, że można wyróżnić 3 zasadnicze etapy żałoby: faza początkowa (3-4 tygodnie po pogrzebie) – żałobnicy reagują na stratę bliskiej osoby szokiem i niedowierzaniem w realną śmierć. Odczuwają odrętwienie, chłód emocjonalny, pustkę, rozpacz, zakłopotanie. Stan ten zazwyczaj ustępuje po kilku dniach, a jego miejsce zajmuje zgeneralizowany smutek. Niekiedy żałobnik broni się przed świadomością utraty kogoś bliskiego, uciekając w alkohol, narkotyki albo pracę. Mechanizmy obronne często pojawiają się w sytuacjach silnie stresujących, ale czasami zamiast pomóc uporać się z traumą, utrudniają adaptację do nowej rzeczywistości. Zrozpaczony człowiek może szukać ukojenia w wypełnianiu codziennych obowiązków, zajęciu się domem i sprawami zawodowymi, by się zmęczyć, szybko zasnąć, nie pamiętać o śmierci i nic nie czuć. Taka strategia może pomóc na krótką metę, kiedy ból jest najsilniejszy, ale w perspektywie długofalowej negacja utraty ukochanego czy ukochanej w niczym nie pomaga, a jedynie wydłuża proces zdrowienia; faza pośrednia (3-8 miesiąc po śmierci) – okres poszukiwania nowej tożsamości i uczenia się nowych ról, np. osieroconego rodzica, wdowy, wdowca. Żałobnik obsesyjnie powraca do pewnych scen ze zmarłym, wini siebie za niedopatrzenia, szuka zrozumienia śmierci. W tym czasie może pojawić się stadium pseudoorganizacji, związane z próbą odnalezienia się w życiu oraz stadium depresji, związane z poszukiwaniem pamiątek po zmarłym i kształtowaniem negatywnej postawy wobec śmierci i przemijania; faza odzyskiwania równowagi (około roku od śmierci) – wiąże się z pogodzeniem z realną sytuacją braku bliskiej osoby i zajęciem się życiem. Jest to okres reorganizacji życia, akceptacji śmierci i kształtowania się bardziej pozytywnej postawy wobec przemijania. 2. Jak sobie pomóc w sytuacji śmierci kogoś bliskiego? Pierwszą reakcją na wiadomość o śmierci bliskiej osoby zwykle jest negacja zaistniałego status quo, ciągła wiara w to, że ukochana osoba żyje. Pierwszym krokiem procesu żałoby powinna być akceptacja realności śmierci. Nie bez znaczenia jest symbolika noszenia w czasie żałoby ubrań w czarnym kolorze, które są „niemą prośbą” o traktowanie żałobnika z delikatnością i wyrozumiałością, by poprzez mało subtelne pytania nie zadać cierpienia. Żałoba to czas potrzebny na wypłakanie łez, wykrzyczenie bólu, pomilczenie w samotności, powspominanie z przyjaciółmi. Procesu żałoby nie można przyspieszyć. Jedna osoba będzie przeżywała stratę przez rok, druga przez dwa lata, a jeszcze inna nigdy nie pogodzi się z brakiem bliskiej osoby. Trzeba pozwolić sobie na wzruszenie, bunt, gniew, huśtawkę nastrojów, płacz, samotność, ale i wsparcie rodziny czy przyjaciół. Jeśli istnieje potrzeba wygadania się i bycia wysłuchanym, trzeba się zwierzyć bez rad i pouczeń w stylu: „Czas leczy rany”, „Poboli i przestanie”. Takie truizmy wcale nie pomagają żałobnikom, a jedynie irytują. Jeżeli straciłeś bliską osobę i chcesz pomilczeć w samotności, milcz. Jeżeli jesteś świadkiem traumy kogoś w trakcie żałoby, bądź obok. Nie pytaj, nie moralizuj, nie doradzaj, nie pocieszaj, ale towarzysz i wspieraj, głaskaj, przytulaj, ocieraj łzy. Pozwól wykrzyczeć negatywne emocje. Gestami i swoją obecnością zapewnij o miłości, szacunku, zrozumieniu i zjednoczeniu w żalu. Gdy jednak okres żałoby się przedłuża, warto udać się po pomoc do psychologa, by uniknąć pseudoakceptacji śmierci, życia z udawanym uśmiechem i pękniętym sercem w środku. Czy psychoterapia pomaga w okresie żałoby? Warto poprosić o wsparcie specjalistę lub psychoterapeutę, by powrócić do pierwotnego bólu i go przepracować, szczególnie w sytuacjach, gdy śmierć była nagła, niespodziewana, np. w wyniku tragicznego wypadku albo gdy żałobnik nie zdążył pogodzić się czy przebaczyć zmarłemu. By móc wrócić do równowagi życiowej, nie można odrzucać bólu straty. Tęsknota za bliskim to naturalna reakcja. Wiąże się ona również z żalem utraty dawnego stylu życia, np. wspólnego śniadania, nocnych rozmów, wspólnych wakacji czy chociażby czytania książki we dwoje. Brakuje prostych, prozaicznych sytuacji, banalnych gestów, uśmiechu czy głosu bliskiej osoby. Po okresie głębokiego smutku przychodzi stopniowo czas na powrót do zdrowia i odnowy. Trzeba przeorganizować swoje życie na nowo i zacząć otwierać się na innych. Odnajdywanie blasków życia nie oznacza niepamięci o zmarłym i nie powinno być źródłem wyrzutów sumienia. Bezustanne pielęgnowanie w sobie cierpienia nie jest konstruktywnym sposobem radzenia sobie z tragedią i nie świadczy wcale o dozgonnej miłości wobec zmarłego. Co by nie napisać o śmierci, każdy przeżywa ją na swój indywidualny sposób, ale jeśli nie potrafi uporać się z traumą sam, trzeba poprosić o pomoc i chcieć z niej skorzystać. Potrzebujesz konsultacji z lekarzem, e-zwolnienia lub e-recepty? Wejdź na abcZdrowie Znajdź Lekarza i umów wizytę stacjonarną u specjalistów z całej Polski lub teleporadę od ręki. polecamy Fot. Prószyński Media Świadek koronny Jarosław Sokołowski “Masa” prezentuje na swoim fanpage’u oraz prywatnym profilu na Facebooku zdjęcia byłych członków grupy pruszkowskiej. O tym, że “Masa” jest aktywnym użytkownikiem mediów społecznościowych informowaliśmy w jednym z poprzednich artykułów. Świadek koronny wspomina tam historie z przeszłości, ale porusza też wiele innych tematów dotyczących bieżących wydarzeń. Fanom Masy najwyraźniej nie wystarczyły same opowieści o polskiej mafii, bo poprosili byłego gangstera o zamieszczenie zdjęć z “dawnych czasów”. Jarosław Sokołowski spełnił ich prośbę. I tak możemy poznać Skwarę. Jak twierdzi “Masa” był on członkiem grupy pruszkowskiej odpowiedzialnym za wyłudzanie kredytów. Fot. screen z fanpage’a Jarosława Sokołowskiego ( Na kolejnym zdjęciu widzimy Wojciecha P. Przez media został on nazwany “kasjerem mafii pruszkowskiej”. W latach 90 P. był typowany na wiceministra budownictwa. To w jego firmie “Słowik” poznał swoją późniejszą żonę Monikę. Choć formalnie nigdy nie należał do grupy to jego związki z “Pruszkowem” były bardzo bliskie. W serialu dokumentalnym “Alfabet Mafii” pokazano jeden z prywatnych filmów z archiwów grupy – Wojciech P. odpoczywał razem z członkami “Pruszkowa” na zagranicznych wakacjach. Ostatnio P. wystąpił wspólnie ze “Słowikiem” w teledysku rapera Malika. Fot. screen z fanpage’a “Masy” ( “Franek” natomiast odpowiadał, według “Masy”, za haracze z automatów i handel narkotykami. Fot. screen z fanpage’a “Masy” ( Na następnym zdjęciu “Masa” bawi się z “Małpą” i “Czarkiem Dupczykiem”. Gdyby pozostali uczestnicy wiedzieli, że są wśród nich gangsterzy, to chyba nie byłoby im do śmiechu… Fot. screen z fanpage’a Masy ( Kolejna fotografia pochodzi ze ślubu “Masy”. Jest na niej “Szarak”. To gangster, którego podczas policyjnej prowokacji zastrzelił funkcjonariusz w cywilnym ubraniu. Według przekazanych opinii publicznej informacji – przestępcy zaatakowali policjanta, dlatego oddał on strzał w obronie własnej. Fot. screen z fanpage’a “Masy” ( “Masa” lubił fotografować się z kobietami. Na tym zdjęciu jest z byłą żoną Słowika – Moniką oraz Małgosią, małżonką zastrzelonego w 1996 r. “Kiełbasy”. Fot. screen z fanpage’a Masy ( Świadek koronny opublikował też zdjęcie, na którym widać “Kiełbasę” i “Rudego”. Obok nich odpoczywa wspominany wcześniej Wojciech P. – nazywany pieszczotliwie “Panem Piłeczką”. Fot. screen z profilu “Masy ( “Masa” na spacerze z “Bysiem” i “Żabą”. Fot. screen z fanpage’a “Masy” ( Tak w latach świetności grupy pruszkowskiej wyglądał natomiast “Zbynek”. Fot. screen z fanpage’a “Masy” ( Kiedyś w Turcji “Masa” spędzał wakacje ze “Słowikiem”. Fot. screen z fanpage’a “Masy” ( Świadek koronny zamieścił też wspólne zdjęcie z Wojciechem K. “Kiełbasą” Fot. screen z fanpage’a “Masy” ( I jeszcze jedno zdjęcie, na którym oprócz “Masy” i “Kiełbasy” jest Wojciech P. oraz “Żyd” z Otwocka. Fot. screen z profilu “Masy” na Facebooku Zawsze lubił błyszczeć. Szastał pieniędzmi, jeździł po świecie, ślub ze swoją byłą już żoną wziął nie gdzie indziej, a w Las Vegas. Przez wiele lat ścigany przez Centralne Biuro Śledcze, zatrzymany i skazany za kierowanie mafijnym, okrutnym gangiem pruszkowskim, dzisiaj zostaje bossem MMA-VIP. W garniturze i muszce pozuje do zdjęć. I jak się okazuje, na razie nie trafi za widzów przecierała oczy ze zdumienia: w ostatni weekend Andrzej Zieliński, pseudonim Słowik, jedna z najważniejszych postaci mafii pruszkowskiej, podczas specjalnej konferencji zapowiadającej organizację czwartej gali MMA-VIP, został przedstawiony przez Marcina Najmana jako boss tejże federacji. Wcześniej zdjęcie ze „Słowikiem” opublikował popularny raper Malik Montana. - Przedstawiliśmy, kto jest bossem MMA-VIP. U nas nie ma żadnego włodarza, jest boss, którym jest Andrzej „Słowik” Zieliński - mówił Marcin Najman w rozmowie z portalem Podczas konferencji „Słowik” paradował po scenie w masce z serialu „Squid Game”. W tle słychać było motyw muzyczny z filmu „Ojciec Chrzestny”.Na gali miał także wystąpić „Misiek z Nadarzyna”, czyli Mirosław Dąbrowski. Były przestępca, gangster, dwukrotnie skazywany, podejrzewany o kierowanie grupą przestępczą. - Był to człowiek, któremu nie warto było wchodzić w drogę w tamtych czasach - charakteryzował przeciwnika Marcin Najman, bo szykował się do walki z „Miśkiem”, mieli stanąć naprzeciw siebie 25 lutego w że to nagłe i dość niespodziewane wejście byłych gangsterów do świata show-biznesu, nie spodobało się tym, którzy chcieli firmować imprezę, czyli włodarzom Kielc. - Kielce wstępnie wycofują się z podpisania umowy z MMA- VIP po mojej interwencji i kontrowersjach medialnych. Współpraca z byłymi gangsterami, takimi jak „Słowik”, to coś obrzydliwego, dlatego dziwię się, że było to rozważane - przekazał radny Marcin Stępniewski w mediach społecznościowych. Nie on jeden jest zdziwiony i zniesmaczony tym, co wydarzyło się w ostatni To jest sytuacja skandaliczna. Wygląda na to, że nasza rzeczywistość zmierza w bardzo złym kierunku, pod hasłem „wszystko jest na sprzedaż”. Sytuacja ze „Słowikiem”, jednym z szefów gangu pruszkowskiego, to efekt pogoni za pieniądzem. Za życiem w świecie najgorzej rozumianego blichtru, w świecie złej celebry. Ta sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca - mówi Arturowi Kiełbasińskiemu z „Dziennika Bałtyckiego” Marek Biernacki, były szef MSWiA. - Celebryci i działacze pseudosportowi w pogoni za pieniądzem szukają czegoś „nowego”. Chcą zainteresować opinię publiczną swoimi pomysłami za wszelką cenę. Chcą wywołać emocje. Bo świat żyje właśnie emocjami. Nieważne jest, jakie to emocje. To zresztą nie jest zjawisko nowe. Nieraz słyszałem, jak mówiono o gangsterach „chłopcy z miasta”. W latach 90. przed rozbiciem Pruszkowa, bardzo wielu celebrytów lubiło się fotografować z „chłopcami z miasta”, popisywać się znajomościami z bandytami. Trzeba ciągle przypominać, że są granice, których nie wolno przekraczać - też warto pamiętać, że zaledwie miesiąc temu, bo 15 grudnia 2021 roku, po wpłaceniu 200 tys. zł poręczenia majątkowego, Andrzej Zieliński, pseudonim Słowik, opuścił areszt śledczy. Siedział w nim piętnaście miesięcy. Wcześniej trafił za kratki w 2017 roku, przesiedział trzy i pół roku, tym razem został zwolniony za poręczeniem majątkowym w wysokości 400 tysięcy złotych. Zdaniem śledczych, Zieliński miał między 2014 a 2018 stać na czele mafii ochraniającej osoby wyłudzające VAT, zarządzać grupą i doradzać oszustom, jak legalizować pozyskane w przestępczym procederze środki finansowe. Jego gang poza przestępstwami gospodarczymi dokonywał rozbojów, fałszerstw, handlował narkotykami. Do grupy Andrzeja Zielińskiego należeli członkowie dawnych stołecznych ekip przestępczych, grupy ożarowskiej i grupy lubi się powtarzać. Kiedy w sierpniu 2013 roku „Słowik” uważany swego czasu za jednego z najbardziej bezwzględnych bossów mafii pruszkowskiej stawał przed bramą więzienia, jego adwokat deklarował: - Mój klient zamierza teraz żyć zgodnie z prawem. Przebywa w Warszawie, chce się skupić na odbudowie relacji z Andrzeja Z. miał wówczas 13 lat, a od 13 lat „Słowik” siedział w więzieniu. - Kiedy się zobaczyli, wpadli sobie ze łzami w ramiona - opowiadał dziennikarzom adwokat. I podkreślał: - Mój klient jest pełnoprawnym obywatelem, a nie gangsterem. Proces resocjalizacji zakończył się sukcesem. Nie wszyscy w to wierzyli i mieli rację, biorąc pod uwagę kolejne zatrzymania i aresztowania „Słowika”. Ale w 2013 roku media rozpisywały się o starym „Pruszkowie”, który próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości i całkiem dobrze sobie z tym radzi.„Stary „Pruszków” powraca! Bossowie gangu widywani są w kurortach, restauracjach i na meczach! Jak za starych „dobrych” czasów. Andrzeja Z. (53 l.), czyli „Słowika” widziano ostatnio w loży dla VIP-ów na stadionie warszawskiej Legii. Śmietance towarzyskiej nie przeszkadzała obecność byłego gangstera. Wybrańcy, których stać było na zapłacenie 600 zł, by pooglądać mecz przy winie i frykasach, nie okazywali mu wrogości. Wprost przeciwnie - przyjęli go jak swojaka. Wiemy też, że „Słowik” nie wyrzekł się starych kompanów. Widywany jest w towarzystwie Leszka D. ps. Wańka. Po wyjściu z więzienia panowie regularnie spotykają się i długo rozmawiają. Czyżby znowu coś razem organizowali? Ostatnio byli razem w Sopocie. Widać, że świetnie się dogadywali. Według naszych nieoficjalnych informacji Słowik, Wańka i Malizna odbyli niedawno już jedno „spotkanie na szczycie” w warszawskiej restauracji. Rozpracowujący gang pruszkowski nie mają wątpliwości, że członkowie zarządu „Pruszkowa” razem będą robić interesy” - pisał w 2013 roku „Fakt”. Artykuł opatrzony był zdjęciami panów około pięćdziesiątki, przyzwoicie ubranymi, podjeżdżającymi pod restauracje całkiem niezłymi samochodami. Siedzieli przy stoliku i rozmawiali. Ale też większość byłych gangsterów prowadzi dzisiaj własne firmy. Są biznesmenami, przynajmniej na takich się kreują. Zarabiają na wyłudzeniach VAT, dokonują przestępstw podatkowych - nikt nie biega po mieście i nie wymachuje pistoletem. Najlepiej świadczy o tym właśnie historia Zielińskiego, czyli „Słowika”, za którym ciągnie się jednak mało ciekawa sława. - Przypomnijmy. „Słowik” był jednym z szefów tzw. mafii pruszkowskiej, która prowadziła krwawą działalność przestępczą. Gdy zostawałem ministrem, ponad 2 dekady temu, w Warszawie codziennie dochodziło do wybuchów bombowych, wymuszano haracze na właścicielach restauracji. Zwykły Polak, zwykły obywatel mógł się czuć zagrożony. To były czasy, gdy porywano ludzi, na ulicach kradziono samochody, wyrzucając z nich kierowców. Dochodziło do pobić, zabójstw, brutalnych przestępstw wymierzonych w ludzi, którzy mieli pecha i zainteresowali się nimi gangsterzy. Między innymi właśnie „Słowik” za to odpowiadał - mówi we wspomnianej wcześniej rozmowie Marek wszystko to prawda, początek lat 90. należał do najkrwawszych, nie tylko na ulicach stolicy. Media co rusz donosiły o kolejnym napadzie, pobiciu, o gangsterskich porachunkach, w których często ginęli niewinni ludzie.„Polska mafia narodziła się w 1990 r. jednocześnie w dwóch miejscach - okolicach podwarszawskiego Pruszkowa i w środowisku Polaków przebywających w Niemczech. W Pruszkowie gang zorganizowali wychowankowie słynnego w czasach PRL bandyty „Barabasza”. W Niemczech skrzyknęli się złodzieje samochodów na czele z Nikodemem S., zwanym Nikosiem. Ambicje kierowania organizacją miał co prawda niejaki Zbigniew N., ale konkurenci podłożyli w jego aucie bombę i N. zamachu nie przeżył. Po zabójstwie „Nikosia” i jego dawnego ochroniarza „Szwarcenegera” oraz sukcesie w bitwie zgorzeleckiej, Pruszków tryumfował. Można zaryzykować twierdzenie, że wyrósł na największą i najbardziej niebezpieczną przestępczą strukturę w Polsce. Poza Krakowem, gdzie jak dotychczas nie udało się ludziom z „Pruszkowa” zdobyć większych wpływów, podwarszawski gang opanował kraj. W większych miastach jego interesów pilnują (pilnowali?) rezydenci. Siatka jest szczelna i precyzyjnie skonstruowana. Być może do dzisiaj gang rósłby w siłę, gdyby nie przerost ambicji poszczególnych pruszkowskich watażków. Początkowo działali zgodnie, ale szybko zaczęli rywalizować o wpływy” - pisał Piotr Pytlakowski, dziennikarz, publicysta „Polityki”.Po śmierci „Barabasza” władzę przejął Zbigniew K. „Ali”, ten, o którym Jarosław Sokołowski, pseudonim Masa, najsłynniejszy świadek koronny, opowiadał, że sporą część swojego życia spędził za kratkami, po nim Janusz P. „Parasol” oraz Andrzej K. „Pershing”. Inne ważne postacie to Zygmunt R. „Bolo”, Mirosław D. „Malizna”, Leszek D. „Wańka”, Wojciech K. „Kiełbasa”, kolega Sokołowskiego, czyli „Masy” i właśnie Andrzej Zieliński, „Słowik”, bez wątpienia jeden z najbarwniejszych gangsterów tej grupy. Zieliński, urodzony w Stargardzie, zaczynał od włamań do mieszkań i kradzieży samochodów w województwie szczecińskim, pierwszy raz trafił za kratki w 1978 roku. Został skazany na półtora roku więzienia za kradzież i rozbicie Fiata 126. W połowie lat 80. przeniósł się do Warszawy, był notowany za włamania, oszustwa i fałszerstwa. Kilkakrotnie trafiał do aresztu, wychodził na wolność z powodu rzekomo złego stanu zdrowia. Skazany za włamania na 6 lat pozbawienia wolności, w 1989 wyszedł na świąteczną przepustkę i dzięki zwolnieniom lekarskim do więzienia już nie wrócił. Ale trafił do niego cztery lata później, tyle że został w 1993 ułaskawiony przez prezydenta Lecha Wałęsę, ponoć dzięki łapówce w wysokości 150 tys. dolarów. Był już wtedy człowiekiem „Pruszkowa”. Tyle że obok działała mafia wołomińska, która de facto była odłamem grupy pruszkowskiej. „Wołomin” przejął tereny na wschód od Warszawy. Tu rządzili bracia N., czyli „Dziad” i „Wariat”, Ludwik A. „Lutek”, Marian K. „Mańka”, Czesław K. „Cebera” czy Andrzej Cz. „Kikira”.Na czym zarabiali? Przemyt spirytusu, papierosów i narkotyków, nielegalne rozlewnie alkoholu i wytwórnie amfetaminy, haracze od kupców, restauratorów, właścicieli agencji towarzyskich, a nawet znanych biznesmenów. Napady na TIR-y, konwoje z gotówką, kradzieże samochodów. Ogromne więc dziwnego, że gang-sterzy zaczęli rywalizować ze sobą, także dawni kompani. Wojciech K., pseudonim Kiełbasa został zastrzelony w lutym 1996 roku przed sklepem spożywczym w Pruszkowie. Zabójcy czekali w dwóch samochodach zaparkowanych po drugiej stronie ulicy. Kolejny był „Pershing”, zginął w Zakopanem, on też za bardzo się szarogęsił, chciał jednoosobowo zarządzać „Pruszkowem”. Koledzy nie byli zadowoleni z takiego obrotu D., pseudonim Wańka, jeden z liderów starego gangu pruszkowskiego, zgodził się swego czasu na rozmowę z Piotrem Pytlakowskim i tak opowiadał o tej wewnętrznej konkurencji, która z czasem przerodziła się w rzeź: „Zginął Kiełbacha, Nikoś, Wariat, Pershing - to fakty. Ale to nie była wojna, to były beznadziejne rozgrywki ludzi. Jakby umieli ze sobą rozmawiać, to by nie strzelali i bomb sobie nie podkładali”.„Wańka” początki grupy pruszkowskiej widział zupełnie inaczej, niż śledczy, którzy ją rozpracowali, czy chociażby „Masa”, stwierdził, że to media wylansowały grupę, a „Pruszków był normalnym, zwykłym miastem, z którego wywodziło się kilka osób. Różnych osób”. Jego zdaniem nie było żadnych założycieli ani szefów gangu pruszkowskiego: jedynie grupa kolegów, a czasem jedynie znajomych. Połączył ich wszystkich przemyt spirytusu na olbrzymią skalę. „W 1989 roku otrzymałem od grupy, nazwijmy ich urzędników państwowych, propozycję, że jest taka możliwość z tym spirytusem, tylko że oni tego nie zrobią, czy ja bym się tym nie zajął?” - opowiadał w rozmowie z Piotrem Pytlakowskim. To byli funkcjonariusze tzw. służb. Chcieli procentu od zysków. Sąd nie uwierzył w „grupę znajomych”, Leszek D. został skazany za założenie i kierowanie gangiem pruszkowskim, wymuszenie pieniędzy i udział w przemycie kokainy. Za kratami spędził 15 lat. Kres wewnętrznej walce dał nie kto inny, a Jarosław Sokołowski, pseudonim Masa. Został zatrzymany przez policję w Korbielowie na Żywiecczyźnie, bawił u jednego ze swoich znajomych. Doniósł na niego jeden z handlarzy w Elektrolandzie Andrzej R., pseudonim Rudy. „Masa” miał od niego wymuszać haracz. W rzeczywistości Jarosław Sokołowski pożyczył mu ponad 100 tysięcy dolarów „na rozkręcenie interesu” i co jakiś czas zgłaszał się do niego po odsetki. „Rudy” oddawał pieniądze lub, jeśli mu ich brakowało, odsetki spłacał sprzętem elektronicznym, który kupował w Elektrolandzie. Nie wiadomo, dlaczego Andrzej R. zdecydował się na współpracę z policją. Jarosław Sokołowski wyszedł na wolność w połowie czerwca 2000 roku po pięciu miesiącach pobytu w areszcie, uzyskując status świadka koronnego. I zaczął sypać. W między czasie powstało Centralne Biuro Śledcze. Powołał je 15 kwietnia 2000 roku komendant główny policji, łącząc działające od 1994 roku Biuro do Walki z Przestępczością Zorganizowaną oraz działające od 1997 roku Biuro do spraw Narkotyków. Najlepszy sprzęt, najlepsi gliniarze, nowe zasady gry. Policja i prokuratura mogły przeprowadzać operacje specjalne, np. zakup kontrolowany, miały szerszą możliwość kontroli korespondencji, dostęp do niektórych baz informacyjnych, powołano wreszcie instytucję świadka koronnego. To był ostatni moment na rzucenie wyzwania gangsterom. Niemal codziennie w kraju wybuchały bomby albo dochodziło do strzelanin. Zeznania „Masy” też miały swoją wartość. Policja przystąpiła do akcji o pseudonimie „Enigma”, decyzję o jej rozpoczęciu wydał właśnie Marek Biernacki, był wtedy ministrem spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Jerzego Buzka. - Uderzyliśmy w Pruszków, zatrzymywaliśmy gangsterów w całym kraju. To było jedno, skonsolidowane uderzenie, ale potem udało nam się wyłapać także tych, którym udało się uciec - wspominał swego czasu. - Nie wszyscy byli zwolennikami przeprowadzenia tej akcji, niektórzy podnosili, że w miejscu starej grupy pojawi się nowa, być może jeszcze groźniejsza, jeszcze bardziej brutalna - tłumaczy Andrzej Zieliński zdążył uciec. Był królem życia, uwielbiał błyszczeć. Szastał pieniędzmi, jeździł po świecie, ślub ze swoją byłą już żoną, Moniką Zielińską, wziął w 1995 roku w Las Vegas. Kiedy funkcjonariusze CBŚ-u wyłapywali w ramach akcji „Enigma” kolejnych gangsterów, on dosłownie zapadł się pod ziemię, był zresztą poszukiwany międzynarodowym listem sierpniu 2001 na antenie programu Pod napięciem w TVN redaktor Marcin Wrona przeprowadził wywiad z żoną „Słowika” Moniką Zielińską, na antenie rozmawiał też telefonicznie z samym „Słowikiem”, który twierdził, że ukrywa się niedaleko Warszawy. Pewnie kłamał, dwa miesiące później CBŚ zatrzymało go w okolicach Walencji w Hiszpanii. Dwa lata później „Słowik” drogą ekstradycji został przekazany z Hiszpanii do 2003 roku dzięki zeznaniom Sokołowskiego, sąd skazał szefów gangu pruszkowskiego na siedmioletnie wyroki więzienia, Zieliński dostał sześć lat za kierowanie gangiem pruszkowskim. Był też oskarżony o to, że stał za zabójstwem byłego komendanta głównego policji - inspektora Marka Papały, ale w 2013 roku wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie został uniewinniony od tego zarzutu. W 2013 roku, jak zapewniał jego adwokat, wychodził z więzienia odmieniony. Tyle tylko że trafił do niego zaledwie cztery lata później. Ostatnio głośno także o innym, nieżyjącym już przestępcy. Od kilku dni na Netfliksie można oglądać „Jak pokochałam gangstera”, produkcję inspirowaną prawdziwą historią wspomnianego już wcześniej Nikodema S., znanego jako „Nikoś”. I trudno oprzeć się wrażeniu, że główny bohater jest w filmie mitologizowany, w każdym razie widz szybko go polubi - przestępca, ale w sumie fajny gość. Jednak film to film, artystyczna, więc własna interpretacja rzeczywistości. Wejście byłego przestępcy, skazanego prawomocnym wyrokiem do świata show-biznesu, to zupełnie inna To, jak zareagujemy, będzie świadczyło o tym, na ile nasze społeczeństwo jest zdrowe. Liczę na to, że wszystkie środowiska to odrzucą. Natomiast co do samych regulacji - to trudno takie wprowadzać. Liczę tu raczej na refleksję środowiska. Jak wspomniałem, są związki sportowe, z tej strony powinna nastąpić reakcja. To nie państwo ma odgórnie tworzyć tego typu zakazy, tylko właśnie związki sportowe, bo one powinny dbać o swoją opinię czy opinię całej dyscypliny - mówi Marek Biernacki. - Ale najważniejsze jest to, żeby obywatele odrzucali takie pomysły i działania. Nie może być tak, aby ktoś przez wiele lat ścigany, skazany prawomocnie stawał się dla młodych Polaków jakimkolwiek wzorcem. To może doprowadzić nas do głębokiego kryzysu społecznego - dodaje były szef nie zgodzić się z Markiem Biernackim. I nie chodzi o to, aby odbierać byłym skazańcom prawa do normalnego życia. Chociaż w tym przypadku mówimy o przestępcy dużego formatu, o człowieku, który mógł i na pewno przyczynił się do wielu ludzkich tragedii. Chodzi raczej o to, aby takie osoby nie pozowały na ściankach, nie gościły w naszych domach i nie pokazywały młodym ludziom, jak żyć, aby zostać człowiekiem sukcesu.***W ubiegłą środę okazało się, że „Słowik” nie wróci za kratki. Sąd Okręgowy Warszawa Praga odrzucił zażalenie Prokuratury Krajowej na uchylenie aresztu tymczasowego. Wciąż toczy się przeciwko niemu kilka spraw karnych, ale wygląda na to, że będzie mógł również nadal zadbać na wolności o swoje biznesy, w tym nową federację tocząca się przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga dotyczy grupy przestępczej, która w areszcie śledczym na Białołęce rozprowadzała kontrabandę oraz narkotyki za prokuratury poręczenie majątkowe, zakaz opuszczania kraju i dozór policyjny trzy razy w tygodniu nie jest wystarczający. Sąd jednak nie przychylił się do tej argumentacji. Wobec „Słowika” ma toczyć się także sprawa dotycząca gangu pruszkowskiego i ochranianych przez tę mafię oszustów wyłudzających VAT, a łącznie wobec byłego bossa gangu pruszkowskiego toczyć się mają cztery ofertyMateriały promocyjne partnera Paweł M. "Misiek" w czarnej bluzie z białymi napisami. fot. PolskapressePodczas ostatnich derbów kibice Wisły byli wyjątkowo spokojni. Bo "Misiek" im tak kazał. Kim jest człowiek, który trzyma w ryzach grupę brutalnych chuliganów? - zastanawiają się Marta Paluch i Katarzyna M., pseudonim "Misiek". 34-letni kibol, były więzień, absolwent zawodówki ślusarskiej jeżdżący samochodami wartymi kilkaset tysięcy złotych. W zgodnej opinii policjantów i ludzi znających środowisko pseudokibiców: nieformalny herszt chuliganów Wisły. Człowiek, którego słowo może sprawić, że brutalna wojna toczona na ulicach Krakowa przez bandytów identyfikujących się z Wisłą i Cracovią pochłonie jeszcze więcej ofiar. Lub - że w końcu przestaną w niej ginąć ludzie. "Misiek" zaczął pojawiać się na stadionie już jako małolat. Konsekwentnie budował swoją pozycję. W bójkach pierwszy rzucał się w wir walki. Nie patrzył, czy reszta biegnie za nim. Wokół niego wyrosła grupa wiernych "żołnierzy". Dziś, gdy wielu czyha na jego życie, nie odstępują go. "Miśka" rzadko można spotkać samego. Dla bezpieczeństwa często zmienia adresy. Wybiera drogie, ekskluzywne, strzeżone "sharksów", jedną z najgroźniejszych bojówek pseudokibiców w Polsce. Jest brutalny, ale też bystry i cwany. Ma intuicję. I maczet na stuleciePo Krakowie chodzi taka plotka: na stulecie Wisły Misiek kupił małolatom sto maczet. Taki miał gest. I wcale nie jest to bardzo To jest megainteligentny psychol - śmieje się Mariusz, kibic Wisły. - Ma świra na punkcie klubu. Młode chłopaki są za nim. Życie by za niego oddali. Jak Misiek robił coś grubszego, jakiś wjazd na osiedle, to ktoś się za niego podkładał. Małolat przychodził na policję, brał akcję na siebie, a "Misiek" był czysty - dodaje Mariusz. Policjanci często podejrzewali go o różne przestępstwa, ale udowodnić udało się tylko kilka. Krakowskim śledczym "Misiek" jest znany od lat 90. Pierwszy wyrok usłyszał w 1997 r. Ale dopiero rok później stał się "sławny".Usłyszała o nim cała Polska. Podczas meczu Wisły z Parmą, jesienią, rzucił składanym nożem, tzw. motylkiem, w głowę włoskiego piłkarza Dino Baggio. Drużyna z Krakowa została wykluczona na rok z rozgrywek europejskich. Był to wielki cios dla Wisły, która zdobyła mistrzostwo Polski, a przez tę karę nie mogła wziąć udziału w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Misiek został za ten rzut skazany na 6,5 roku więzienia. Podobno to nie Baggio miał być celem, ale inny piłkarz, który sfaulował naszego zawodnika... W 2006 r. Paweł M. dostał wyrok łączny - siedem lat odsiadki za atak nożem i udział w zbiegowisku we krwiDo więzienia szedł już jako lider "Sharksów" - brutalnego, świetnie zorganizowanego gangu kiboli, który "Misiek" zaczął budować w latach 90. Wtedy "Sharksi" nie byli jeszcze groźni. Stopniowo, krok po kroku, zyskiwali pozycję. I złą sławę. - Wcześniej na Wiśle nie było zorganizowanej ekipy, hermetycznej grupy - mówi Wiktor, który zna "Miśka" z tamtych lat. - "Sharksi" wpasowali się w lukę pokoleniową, kiedy starsi zaczęli się wykruszać. Okazało się, że to właśnie te małolaty są zdolne iść na walkę z Cracovią, przeciwstawić się. A Cracovia używała noży, rządziła wtedy w mieście - opowiada. "Misiek" zdobył szacunek stadionowych bandytów dzięki swojej postawie podczas zadym. Po prostu był najbrutalniejszy. - Jeśli pytasz, czy "Misiek" jest psycholem, to tak, jest - przyznaje Remek z Olszy, który zna Pawła M. od dziecka. - Na zadymie bywało, że myślałem sobie "k..., ja p..., weźcie już gościa zostawcie", a "Misiek" z ekipą dalej katowali: kopali po głowie, brzuchu, do nieprzytomności. Nie miał skrupułów, żeby komuś tasakiem przyp... w akcja z Łodzi: "Sharksi" jadą na mecz, jest ich 25, wysiadają w Koluszkach. Biją młodych kibiców Widzewa, zabierają im szaliki. Za chwilę na stację wjeżdża kolejny pociąg. I wysiada z niego 70 kiboli łódzkiej drużyny. - Ubieramy te szaliki, podchodzimy do nich ze "sprzętem" i atak - opowiada Remek. - Tak musieliśmy ich lać, żeby ich rozp..., żeby już nam nie dali rady. Jednego gościa z Widzewa prawie oskalpowali. To znaczy nie zdjęli mu skóry, tylko tak mu p... kątownikiem w głowę, że aż mu się włosy podniosły. "Misiek" nawet na zadymie kontroluje sytuację. Nie wpada w Pamiętam, gdy na stadionie w Chorzowie "Misiek" lał się z policjantami - opowiada Michał, kolega z jego rodzinnej dzielnicy, Olszy. - "Sprzętu" nie dało się wnieść, więc pasem, kamieniami, deską. Sam też ryzykował, bo policja strzelała gumowymi kulami, gość od nas stracił oko. A "Misiek" szedł na pierwszy ogień. To dowodzi odwagi, nie?Szanuje pracę policji"Misiek" ma także inną twarz. Wpatrzeni w niego młodzi pseudokibice dali się ponieść jego charyzmie. - Ekipa Wisły to były chamy, jeden drugiemu robił pod górkę, wyśmiewał, dołki kopał, kozaczył, co to on nie jest - twierdzi Remek. - Gdy byłeś młody, nikt się z tobą nie liczył: "małolat wyp... z auta!". Misiek był inny, przyjacielski. Nikogo nie gnoił, nie dawał odczuć, że jest lepszy. Fajny z niego gość. Mariusz: - Spotkałem go kilka razy poza stadionem. Zawsze się witał: siema, co tam małolat, na meczu byłeś? Onieśmielony się czułem, że z nim gadam. Dla wielu to marzenie. Nie odbiło mu, jak innym, którzy osiągną sukces i udają, że nie poznają dawnych oficjalnych kontaktach ze stróżami prawa - pełna 2009 roku dostał zakaz stadionowy na dwa lata, na wszystkie mecze w Polsce. Policjanci przyznają, że za każdym razem stawiał się na komisariacie. - Spokojny, nie robił problemów - W kontaktach z nami był wyluzowany, żeby nie powiedzieć - wesoły. Pamiętam, że bez obciachu jeździł drogimi autami - audi Q7, bmw X6 bez prawa jazdy. Za każdym razem, gdy policjanci go legitymowali, płacił mandat. A zawsze dawali mu najwyższy, 500 zł. Nawet okiem nie mrugnął - mówi krakowski policjant. - Zachowywał się tak, jakby... nie tyle szanował pracę policjantów, ile przyjmował do wiadomości ich rolę i swoją. Poza tym, dla niego to nie była suma warta załamywania rąk - wierzyć deklaracjom składanym przez "Miśka" podczas śledztwa, firma, którą prowadzi, przynosi mu 10 tys. zł dochodu miesięcznie. Jakie są jego prawdziwe dochody i z jakich źródeł je czerpie? Policja ma podejrzenia, ale przez wiele lat nie zebrała dowodów, które pozwoliłyby postawić go przed sądem. - Zawsze był pewny siebie. Tak jakby wiedział, że będzie bezkarny - mówi jeden ze marcu 2011 roku "Misiek" został zatrzymany razem z czterema innymi osobami. Dostali zarzuty posługiwania się podrobionym dowodem osobistym i oszustw na szkodę wypożyczalni samochodów. - Obciążył go zeznaniami jeden z podejrzanych - informuje Mariusz Boroń, szef Prokuratury Rejonowej Kraków-Prądnik Biały. - Ostatecznie, wobec trzech z nich, w tym Pawła M. w czerwcu 2013 roku umorzono postępowanie. Człowiek, który obciążał Pawła M., stwierdził, że się pomylił - dodaje prokurator. Misiek miał również alibi. W czasie kradzieży był we Włoszech. Czasy dresów ma za sobąPaweł M. jest średniego wzrostu, masywny, muskularny. Jest częstym bywalcem siłowni. Odstające uszy, jasne oczy, ogolony na zero. Zwracają uwagę grube, mięsiste wargi, dolna jest wywinięta na ta postać zapakowana jest w drogie, markowe ubrania: eleganckie dżinsy, modne koszule, czarna skóra. Czasy dresów z trzema paskami dawno ma za "Miśka" może być myląca. Bo na pierwszy rzut oka nie wygląda na bystrzaka. - Gdy go pierwszy raz zobaczyłem, pomyślałem: duży człowiek z małym rozumkiem - mówi krakowski to pozory. Bo głowę "Misiek" ma nie od parady. - Gdyby nie był inteligentny, nie doszedłby do takiej pozycji. Może nie jest typem intelektualisty, ale jest bystry, zaradny. Ma intuicję - mówi Michał, kolega z dzielnicy. Dziwna wpadkaNa początku września policja znów zatrzymała "Miśka". Podjechał pod market budowlany białym porsche panamera. Z sześcioma tysiącami złotych w kieszeni. Wszedł z kolegami do sklepu i... wyniósł kilka karczowników (maczety do krzewów). Tłumaczył później, że chciał zrobić żart ochroniarzom. Ale w środowisku kiboli pojawiły się inne teorie. Że zależało mu na tym, żeby na jakiś czas zniknąć. Albo potrzebował alibi. Albo chciał skontaktować się z kimś w kryminale. Jedno jest pewne: to nie jest człowiek, który dałby się tak głupio złapać. Został wypuszczony, bo policjanci zatrzymali gotówkę, którą miał przy sobie na poczet przyszłej kary. W sobotę był na meczu Cracovia - Wisła. Wcześniej miał obiecać władzom Wisły, że derby przebiegną spokojnie. Słowa dotrzymał.*Imiona znajomych Miśka zostały zmienione.

misiek z nadarzyna śmierć syna